Mowa tu o Mouscedes King, córce Króla Szczurów. Dzisiejszy post będzie poświęcony, krótkiej sesji wykonanej na biurku (co jest nowością). Chciałabym jeszcze dodać, że ostatnio mam strasznie dużo sprawdzianów na głowie, więc dlatego posty są rzadkie. Mam nadzieję, że nie długo to się zmieni. Zapraszam na sesję:
Dobra, przyznaję się - mam różowy pokój :) Sesja może nie była świetna, ale pokazała prawdziwe oblicze myszki. Na początku chciałam poprawić kropki w oczach, żeby były po jednej stronie. Doszłam do wniosku, że to jest właśnie jej wada, która robi z niej unikalną lalkę. Wady trzeba akceptować, bo to one robią z nas ludzi niepowtarzalnych i nieidealnych. Nie warto się zmieniać żeby je usunąć. Kiedy myślimy, że pozbyliśmy się ich, tworzą się kolejne.
Dzisiaj kolejne, zarazem ostatnie, wspomnienia z wakacji (zabrzmiało jak z horroru XD). Nie przedłużając, zapraszam do wioski wikingów:
Przy jednej atrakcji były wyścigi starych małych łódeczek. Vandala musiała się w jedną wpakować :)
Byłam chyba pół metra od nich.
Vandala i łódź wikingów
Wioska wikingów była położona chyba pół godziny od Kopenhagi, w spokojnym miasteczku.
Potem wjechaliśmy na prom...
Na promie strasznie bujało, dlatego po 10 minutach zasnęłam na krzesłach. Taa... dlatego tak mało zdjęć :)
... i pojechaliśmy do Berlina.
Marisol pod Bramą Brandenburską
Pozostałości muru
Checkpoint Charlie
Wspólna fotka :)
Berlin jest bardzo ładny (gdybym miała wybierać Berlin lub Hamburg, wybrałabym drugie miasto). Miasto jest odnowione, trochę nowoczesne. Mam odczucie, że Berlin jest bardziej biurowym miastem, ale muszę przyznać wychodzą w nim bardzo ładne zdjęcia :)
Tak oto moja 4 częściowa, wakacyjna wycieczka została zakończona. No dobra, idę zdrowieć, ale to tak długo trwa! Może wyzdrowieje do szkoły :P
Cześć wszystkim!
Zaczęły się ferie a ja chciałabym dokończyć pomysł o moim wyjeździe wakacyjnym. Poza tym zaczęłam wolne kaszlem i katarem, więc przyjemnie. Przy najmniej nie jestem sama choruję z bratem.
W tym poście chciałabym wam opowiedzieć o Kopenhadze...
Tivoli :)
Kopenhaga jest naprawdę uroczym miejscem. Na początek zrobiliśmy mały spacer po centrum. Pierwsze co mnie zdziwiło to remonty. Na każdej ulicy remontowali drogę lub stare budynki. Ciekawa rzecz w Kopenhadze to drogi rowerowe, które są równie ważne jak drogi dla samochodów. Ilość ludzi jeżdżących rowerami jest szokująca.
Oczywiście wstąpiliśmy do Disney Store. Tam spotkałam swoją idolkę - Elsę! Sklep w Kopenhadze jest dość nowy (przynajmniej mi się wydaje) i mały, ale to nie była przeszkoda. Jak zwykle nie mogłam wyjść bez małej pamiątki:
Miasto też ma swoje spokojne oblicze nad kanałem.
Po lewej stronie widzimy nowoczesną i kameralną salę koncertową. Jest świetna, ponieważ ludzie mogą słuchać muzyki będąc poza budynkiem. Bardzo pomysłowe :)
Uwielbiam ten most!
Ludzie często spędzają popołudnia nad wodą.
Następnego dnia idziemy do dobrze chronionych królewskich klejnotów - Rosenborg. Elissabat jak usłyszała słowo "królewskie" od razu wpakowała się do mojego plecaka.
Tron
Piękne korony :)
Widok z restauracji w hotelu...
... i Anna.
Wieczorem poszliśmy do Tivoli. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tak stylowego, wspaniałego parku rozrywki. Pochodzi z XIX wieku i jest świetnie zachowany. Ma taki niepowtarzalny klimat. Radzę uważać na atrakcje - są naprawdę ekstremalne. Mogę powiedzieć jedno - magiczne miejsce!
"Bez waty nie idziemy"
Kolejnego dnia poszliśmy do syrenki, a Sirena przywitała się z koleżanką:
W samo południe poszliśmy do Den Bla Planet (akwarium):
Przedstawienie dla dzieci (pomineliśmy ten bardzo ciekawy punkt atrakcji)
Piranie!
Konik wodny :)
Piękny motyl (uwielbiam go)
Ostatnie popołudnie w Kopenhadze przeleciało bardzo spokojnie - spacer nad kanałem. Niesamowite jak można wykorzystać kanał do np. pływania, miłej atmosfery czy transportu. Architektura zniewalająca!
Podsumowując: Kopenhaga jest pięknym miastem. Bardzo przyjemnie zwiedzało mi się. Mam nadzieję, że jeszcze tam kiedyś wrócę.
Cieszę się, że napisałam posta. Miło tak powspominać wakacje w roku szkolnym :)